wtorek, 16 maja 2017

Odyseja Historyczna!



Odyseja Historyczna jest Zlotem Grup Rekonstrukcji Historycznych organizowanym przez Stowarzyszenie Historyczne Pułk 37. Pierwsza edycja tego wydarzenia odbyła się w 2010 r. skupiając miłośników historii, którzy chcieli zorganizować imprezę, mającą stać się miejscem spotkań odtwórców różnych epok, w celu szerzenia wiedzy historycznej oraz ciekawej formy spędzenia wolnego czasu.




Odyseja odbywa się zwykle w przedostatni weekend lipca i twa od piątku do niedzieli. Zainteresowani rekonstruktorzy mogą przybywać nawet kilka dni wcześniej, ponieważ na miejscu są już wtedy osoby odpowiedzialne za organizację i wolontariusze, zajmujący się przygotowaniem terenu i dbający o to, by materiały do budowy dioram, posiłki, sanitariaty oraz wiele innych elementów były przygotowane na przyjazd odtwórców.





Zlot rozpoczyna się w Kutnie. Spod kościoła św. Wawrzyńca rusza parada rekonstruktorów, idą oni główną ulicą Królewską pod ratusz i tam zlot ma swój początek. Prezydent miasta przemówieniem otwiera imprezę, kolejno rozpoczynają się pokazy gladiatorów, tańce średniowieczne, walki Słowian i Wikingów, prezentacje grup, wystawy sprzętu wojskowego oraz inne atrakcje, które mają zachęcić widzów do pojawienia się na zlocie w sobotę i niedzielę. Pułkowa kuchnia częstuje przybyłych zupami, a w kramach i stoiskach można nabywać historyczne pamiątki z różnych okresów. 






                W sobotę od godziny 10:00 teren jest otwarty dla zwiedzających. Inscenizacje i pokazy co roku są inne, ale zawsze związane z daną epoką w okresie historii. Obowiązkowym elementem stał się turniej łuczniczy, pokaz artylerii najemnej, pokazy szermierki klasycznej i japońskiej, turnieje rycerskie, inscenizacje I i II-wojenne. Harmonogram odbywających się widowisk zamieszczony jest na plakatach, które rozwieszone są w witrynach sklepów, komunikacji miejskiej, na terenie parku, tak by każdy mógł się z nim zapoznać i uczestniczyć w preferowanych widowiskach. Do godzin wieczornych cały czas coś się dzieje.







            Chodząc między dioramami można spróbować posiłków przyrządzanych przez członków grup, które były spożywane w danej epoce, takich na przykład jak: podpłomyki, herbata z samowaru, pieczone prosię, nalewki, miody pitne. Grupy oferują możliwość zagrania w gry historyczne, naukę władania mieczem, kobiety w swoich kramach tworzą średniowieczne rękodzieło, naszyjniki, haftują, lepią wyroby z gliny, panowie uczą strzelać z różnorodnej broni, prezentują sztukę kowalstwa artystycznego i rzemiosła takiego jak kaletnictwo, prezentują mundury uczestników wojny oraz pojazdy militarne. Chętni mogą również przepłynąć się po stawie wielką, średniowieczną łodzią Wikingów z jej sternikiem Kajmanem, odbyć przejażdżki wojskowymi samochodami lub obejrzeć czołg od środka.



Rekonstruktorzy z chęcią odpowiadają na zadawane pytania, dzielą się swoją wiedzą, prezentują akcesoria i pozują do zdjęć, mogąc tym samym dzielić się swą pasją z zaciekawionymi osobami. Wieczorami zaczynają się koncerty zespołów związanych z historią, np. ‘’Forteca’’ śpiewa piosenki historyczne o mocnym brzmieniu, ‘’Hańba’’ to orkiestra podwórkowa prezentująca utwory nawiązujące do okresu sanacji, ‘’Duan’’ zespół grający folkową muzykę irlandzką. Nawet jeśli nie jest się słuchaczem takiego typu muzyki, tutejsza atmosfera i pozytywna energia zespołów, zachęcają do wspólnej zabawy. Czasami wieczór uzupełniają pokazy Teatru Ognia Fireproof, bądź nocne inscenizacje.




Zlotową niedzielę rozpoczyna msza polowa, a po niej zaczynają się inscenizacje. W 2014 nosiły one tytuły: Holandia 44, Wielka Wojna, Konny Turniej Rycerski oraz pokazy dynamiczne sprzętu wojskowego, pokaz walk wojów średniowiecznych. Oficjalne zakończenie jest o godzinie 16 i wtedy też zostają wręczone nagrody i upominki dla najaktywniejszych rekonstruktorów, którzy są rozpoznawani, charakterystyczni lub mają najdłuższy staż jako uczestnicy zlotu. Nagrody przewidziane są też dla debiutujących na Odysei odtwórców, a także dla najokazalszych i najładniejszych dioram. Zdobywcy otrzymują książki, puchary, nieśmiertelniki, pamiątkowe deski lub blachy z logo Odysei. Nagrody fundują sponsorzy i organizatorzy.



Na tym wydarzeniu można spotkać odtwórców ze znanych w świecie rekonstrukcji grup, takich jak: Drużyna Wojów Kolovrat, Drużyna Najemna Sfora, Bractwo Joannitów Strzegomskich, Wilcza Rota, Wojownicy Kramu Piacha, Walhalla, Pro Antica, Zamojskie Bractwo Rycerskie, GRH Hindukusz, Towarzystwo Historyczne „Rok 1920”, GRH Wiking, GRH Weichsel, Korpus Artylerii Najemnej z Knurowa (Fot.4), GRH Skierniewice, Powstaniec Śląski, Żelazny Orzeł, GRH Bluszcz, Normandia 44 i wielu, wielu innych. Każda z nich odtwarza co innego, każda zapoznaje nas z inną cząstką historii. 






Wszystko, co odbywa się w Kutnie jest darmowe, natomiast za wstęp na teren parku w Leszczynku trzeba zapłacić 5 zł, tylko dzieci do 6 lat wchodzą za darmo. W początkowych latach opłata za bilet była mniejsza, ale niestety potrzeba większej ilości pieniędzy na organizację zlotu spowodowała konieczność podniesienia kosztów.




piątek, 5 maja 2017

Turcja – kraj na dwóch kontynentach



Turcja – kraj na dwóch kontynentach






Na skraju Azji i Europy. Tutaj zlewały się i współistniały różne kultury, religie, wierzenia, narodowości. Dawniej Bizancjum, Konstantynopol, potem potężne Imperium Osmańskie. Dzisiaj kojarzona z Orient Expressem, Doner Kebabem, Ataturkiem, Okiem Proroka, wczasami last minute, bazarami, czerwoną flagą i liściastą herbatą.



Tak, oto Turcja.



Którą przedstawię Wam ze strony bardziej wypoczynkowej. Przeniesiemy się na północne wybrzeża ciepłego Morza Śródziemnego do miejscowości Alanya.


Wsiadamy do samolotu linii SunExpress i już po kilku minutach kołowania i starcie znajdujemy się 10 tysięcy metrów nad lądem…











 

Po trzech godzinach szybkiego lotu samolotem z Łodzi lądujemy na Riwierze Tureckiej, w miejscowości Antalya, na lotnisku, które swoimi rozmiarami przewyższa nawet warszawskie Okęcie. Udajemy się do kupna wiz (obecnie są to wizy elektroniczne) i po odbiorze bagażów możemy śmiało udać się do autokaru naszego biura podróży… Pamiętamy także o przestawieniu wskazówek zegarków o godzinę do przodu.



 

















Dwie godziny transferu klimatyzowanym autokarem dwupasmówką… i jesteśmy w hotelu. Witają nas uśmiechnięci i energiczni Turcy, którzy nie rozwodzą się nad procedurami meldunkowymi i od razu proponują coś do picia i jedzenia na początek naszych wczasów. Niektórzy z nich znają nawet polskie zwroty… Pan z recepcji zabiera nasze bagaże i prowadzi nas do pokoju…


























A oto otoczenie budynku hotelowego. Jeśli zależy nam na zwiedzaniu okolicy bez „luksusów” w hotelu mogę śmiało polecić wybór hotelu 3 lub 4 gwiazdkowego w centrum miasta.

 


















 

 














  
Po dłuższym odpoczynku przychodzi czas na kolację. Cały bufet aż „jemy oczami”. A po kolacji przychodzi czas na... pokaz tańca brzucha i animacje!




 













 



















Następnego dnia czas na plażę! Możemy bez problemu zanurzyć się w ciepłym, momentami wręcz gorącym 27-stopniowym Morzu Śródziemnym. Jednak pamiętajmy o tym, by wypożyczyć leżak oraz parasole, a także o używaniu kremów do opalania z wysokim filtrem. Leżenie na ręcznikach na piachu bez jakiejkolwiek ochrony przed żarem nie jest wskazane i z pewnością długo tak nie wytrzymacie.

 
Takie widoki z plaży  ;)



 
















 

















Miejsce, które jest na wzgórzu odwiedzimy niebawem. A po morskich i słonecznych kąpielach warto usiąść i zrelaksować się w jednym z pobliskich skwerów, które są po prostu przepiękne i obfitują w śródziemnomorską, turecką roślinność.



 



















 




































A więc pora na wycieczkę! Odwiedzimy potężną fortyfikację górującą nad miastem Alanya, zwaną przez miejscowych kale. Zamek pamięta czasy hellenistyczne oraz bizantyjskie a dawniej służył ochronie strategicznego portu w mieście przed piratami. Całe wzgórze pełniło funkcję rezydencjalną oraz obronną za czasów panowania seldżuckiego oraz Imperium Osmańskiego. Od początków XX w. na wzgórzu zaczęły pojawiać się posiadłości prywatne, a zamek stał się lokalną atrakcją turystyczną. System obronny miasta znajduje się na wysokości ok. 250 m n.p.m. i składa się ze 140 wież, bastionu oraz mniejszej Fortecy Wewnętrznej.



















 




















Na szczyt wzgórza najlepiej dostać się miejscowym autobusem (dolmus), który kosztuje 2 liry za osobę (ok. 4.50 zł) w jedną stronę i odjeżdża spod centrum informacji turystycznej. Jeśli udajemy się większą grupą warto rozważyć wynajem taksówki.





 


 
Jednak wszystko co dobre… szybko się kończy. Po 2 tygodniach lenistwa czas na powrót do szarej rzeczywistości i lądujemy w deszczowej Łodzi.






















Komu mogę polecić Turcję? Z pewnością osobom, które chcą odpocząć i pozwiedzać (nawet jednocześnie), osobom szukającym tanich destynacji turystycznych (tydzień pobytu w sezonie w hotelu średniej klasy kosztuje ok. 1600 zł z przelotem i wyżywieniem), miłośnikom historii, architektury, religii i sztuki.. oraz wszystkim, którzy chcą poczuć klimat i „smak” orientu oraz znaleźć się przez kilkanaście dni w Azji.




wtorek, 11 kwietnia 2017

Goooooooood morning, Vietnam! Hey, this is not a test! This is rock and roll! Time to rock it from the Delta to the D.M.Z.!
Domyślacie się już pewnie, gdzie dziś będziemy podróżować... Do Wietnamu, kraju, który w Polsce znany jest dzięki wojnie i filmom o niej, a dla starszych palących czytelników, również dzięki papierosom, które swego czasu nie były na kartki.

Dlaczego akurat Wietnam? Wiecie ile razy musiałem odpowiadać na to pytanie, gdy zdradzałem cel swojej podróży?
Od kilkunastu lat zbieram umundurowanie i wyposażenie wojsk amerykańskich z okresu konfliktu wietnamskiego, a od kilku również udzielam się w rekonstrukcji tego okresu  i uważam, że tak jak każdy muzułmanin musi chodziaż raz odwiedzić Mekke, tak każdy rekonstruktor, choć raz powinien pojechać do Wietnamu.
Czy jechać z biurem podróży, czy organizować sobie wyjazd samemu? Z biurem podróży wszystko jest załatwione, zorganizowane i zabezpieczone, wszystko poza kieszonkowym i biletami do muzeów, których nie brakuje.
Wyjazd organizowany samemu niesie za sobą pewne niedogodności, choćby załatwienie sobie wiz do Wietnamu, ale ma też dużo plusów. Nie jest się ograniczonym programem wycieczki, można zwiedzać co się chce i kiedy chce , spać tam gdzie jest taniej, no i najważniejsze, wycieczka organizowana samemu jest o około 1000 USD tańsza od wycieczki z biura (21 dni z biura, kontra 23 prywatnie).
Przed wyjazdem warto również się zaszczepić, nie ma obowiązku, ale ryzyko wystąpienia żółtaczki A i B, polio, tężca jest znakiem, że warto poddać się szczepionce. No ale dość wprowadzenia, w drogę!

Pierwszym, niesamowitym przeżyciem był sam start i lot samlotem. Ci, którzy to przeżyli, wiedzą o czym mówię, pozostałym nie będę opisywał, niech przeżyją to sami.
Nie będę wspominał o „rozbiciu” barku Skyshop, o poczęstunku nudlami przez stewardessy, wspomnę tylko, że kiedy przelatywaliśmy gdzieś nad Afganistanem, a cały samolot spał postanowiłem pooglądać widoki za oknem. Nie mogłem się od nich oderwać, kiedy stanął  nade mną steward i poprosił o zasłonięcie okna, odpowiedziałem mu na to, że nie mogę bo za oknem jest tak pięknie.
Pięknie? Zwykły widok, odpowiedział steward. Proszę pana, dla pana to jest chleb powszedni, lata pan codziennie, a ja lecę pierwszy raz i jest to dla mnie niesamowity widok i przeżycie. Steward zniknął, po chwili wrócił i mówi: Włączyłem dla Pana wizualizację naszego lotu, by mógł pan widzieć gdzie jesteśmy. I rzeczywiście, tam gdzie zwykle wyświetla się filmy, zobaczyłem mapę świąt i mały przesuwając się samolocik.

Wylądowaliśmy w Hanoi (ja i mi podobni zapaleńcy), przeszliśmy wszystkie procedury  i pierwszy raz wyszliśmy na wietnamską ziemię. Mógłbym teraz zacząć rozpisywać dzień po dniu, godzinę po godzinie, ale kto z Was by to przeczytał do końca... także skupię się na planie wycieczki i ważniejszych miejscach/wydarzeniach.
Hanoi okazało się chłodniejszym miejscem, niż Wietnam jaki sobie wyobrażałem, ale mimo to było ciepło, za to ludzie o wiele cieplejsi. Zarówno ci w hotelu, jak i ci spotkani na ulicy.  Kto z nas zaprosiłby obcych ludzi kupujących piwo w sklepie jego rodziców na skromną kolacje i długą pogawędkę (pozdrowienia dla pani Kasi, niestety Wietnamskiego odpowiednika imienia zapomniałem)?
W samym Hanoi warto zwiedzić starsze części miasta, oczywiście muzeum wojny, a dla prawdziwych „maniaków” poszukiwania szczątków zestrzelonych bombowców amerykańskich będą istną frajdą.

Hanoi to też dobry punkt wypadowy do zatoki Ha Long, by zwiedzić znajdujące się tam jaskinie, zobaczyć „Zęby Smoka” i rozkoszować się niesamowitymi widokami. Wizyta w zatoce może być jednodniowa, ale dla wilków morskich jest możliwość nocowania na łodzi.










Na północy można też odwiedzić miejsce francuskiej porażki pod Dien Bien Phu, jednak my tego nie uczyniliśmy i po kilku dniach w stolicy Wietnamu wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do dawnej stolicy Hue.

Mój drugi lot samolotem, widoki równie piękne, a po wyjściu na płytę lotniska szok. Ktoś rzucił we mnie wilgotną, gorącą szmatą. Znalazłem się w Wietnamie jaki sobie wyobrażałem.
Z lotniska do hotelu dostaliśmy się taksówką, która również była zamówiona z Polski.  Na miejscu okazało się iż pokój, w którym mamy mieszkać nie ma okna, więc zagroziliśmy przeniesieniem się do innego ( nie ma z tym żadnego problemu, jeden hotel stoi obok kolejnego, także bez problemów znajdziecie coś dla siebie), co poskutkowało obniżeniem ceny i przeniesieniem do pokoju z oknem.

Co warto zwiedzić w Hue? Wszystko, a na pewno cytadelę, o którą w 1968 roku, toczyły się ciężkie walki, jak i o całe miasto. Jest to również doskonały punkt wypadowy do DMZ (strefy zdemilitaryzowanej z czasów konfliktu), w której punktem obowiązkowym jest  Khe Sanh, dawna baza amerykańskiej Piechoty Morskiej (Wietnamczycy prężnie ją odbudowywuja, także z roku na rok można zobaczyć więcej), a także do kompleksu tuneli w Vịnh Mốc.





Będąc w Hue, postanowiliśmy wybrać się również na Hamburger Hill, wzgórze, o które walczyła 101 Dywizja Powietrznodesantowa w maju 1969 roku. Nazwa wzgórza wynika z ilości strat poniesionych przy jego zdobywaniu.
I podczas tej wycieczki mieliśmy kolejną przyrodę wartą wspomnienia, a mianowicie po dojeździe gdzieś w okolice wspomnianego wzgórza (kierowca z hotelu nie tylko nie znał angielskiego, ale również terenu) zostaliśmy zatrzymani przez lokalne władze i poinformowani, że nasz cel jest niebezpiecznym miejscem dla turystów i nie możemy dalej jechać. Możemy się tylko rozejrzeć po okolicy wioski, w której zostaliśmy zatrzymani.
Tak blisko, a tak daleko, co robić, wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy na spacer po okolicy, w końcu w Polsce tego nie zobaczymy. Po około 20 minutach spaceru otrzymałem telefon z hotelu (pierwsza rzeczą po wyjściu z hotelu w Hanoi, była wymiana pieniędzy i zakup kart prepaid) o tym, iż jesteśmy w dużym niebezpieczeństwie i musimy natychmiast wracać do samochodu.  Nie bardzo wierząc w to niebezpieczeństwo, wróciliśmy do miejsca gdzie powinien na nas czekać kierowca. I tu kolejna niespodzianka, kierowca czekał z dwoma smutnymi panami, z którymi pojechaliśmy na lokalny posterunek.
Tam po zamknięciu za nami bramy na kłódkę, spędziliśmy około godziny, podczas której nasz kierowca był a to zapraszany do środka, a to znów odsyłany na zewnątrz, za każdym razem ze smutniejszą miną. W końcu po godzinie niepewności ruszyliśmy za kolejnym smutnym panem , który wyglądał jakby miał się upewnić, czy na pewno pojedziemy do hotelu. Niestety, odprowadził on nas  na kolejny ( chyba bardziej ważny) posterunek, na którym spędziliśmy kolejne dwie godziny, a nasz kierowca musiał sam sobie wypisać mandat. 1 000 000 dongów!!! Po tym akcie samokrytyki mógł już nas odwieść do Hue.






Po powrocie do hotelu, dopytaliśmy recepcjonistkę o co poszło. Ta jednak nie umiała nam wyjaśnić sprawy, ale powiedziała, że kierowca nie tylko został ukarany mandatem, ale także stracił uprawnienia do kierowania/przewożenia osób na trzy dni. W feralnej wyprawie brało udział 11 osób nie licząc kierowcy, a że mandat był winą także naszą,  każdy wyciągnął 100 tysięcy dongów (20 000 to wtedy 1 USD) i wręczyliśmy 1 100 000 kierowcy. Nie wiem czy widziałem w życiu weselszego człowieka.
Kiedy po kilku dniach znów poprosiliśmy recepcjonistę o organizacje dla nas samochodu, ta poprosiła byśmy tym razem jednak zrezygnowali z zakładania na wyjazd “zielonych” rzeczy.

W Hue, podobnie jak w Hanoi, spędziliśmy kilka dni i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem nocną !!! Hue-Nha Trang.
I tu ciekawostka, zarówno wchodząc na peron kolejowy, jak i wychodząc z pociągu trzeba mieć bilet, gdyż na stacji docelowej, na peronie jest on również sprawdzany.

Co zobaczyć w Nha Trang? Wszystko! A na pewno warto wybrać się do parku rozrywki Vinpearl, zobaczyć plaże i dowiedzieć kilka miejscowych klubów. Osobiście polecam drinka Oasis Bucket, w klubie Oasis, jako że jest prowadzony przez Australijczyków, ma też jedną z lepszych i czystszych toalet.
Nha Trang, to tez świetna baza wypadowa na płaskowyż centralny, Kontum, Pleiku, jak i Da Lat. Górska miejscowość z rezydencją ostatniego cesarza Wietnamu, Bao Dai’a. Miejscowość warto zwiedzić również ze względu na malownicze położenie, kolonialną architekturę i miejscowy rynek, na którym można zobaczyć najbardziej kolorowe owoce i najdziwniejsze zwierzęta oraz owoce morza. Na miejscu zjedliśmy zupę Pho, wietnamski przysmak  i zakupiliśmy na drogę kandyzowane owoce.








Droga powrotna na wybrzeże była o wiele bardziej emocjonująca, niż w góry. Z paru powodów. Wracaliśmy kiedy zaczynało się już ściemniać, zaczął padać deszcz, niebezpieczniej jest zjeżdżać w dół, a kierowca poczęstowany kandyzowanymi owocami, nie wiadomo czy przez nie, czy przez sms’a od żony, gnał na złamanie karku.
W pewnym momencie bus podzielił się na dwie frakcje, tą, która chciała wysiąść lub w najgorszym wypadku żądała znacznego zwolnienia i tą, do której należałem ja, która dawała kierowcy kolejne kandyzowane owoce i liczyła wymijane samochody. Dla mojej frakcji, każdy postój był utratą cennych sekund i miejsc w “wyścigu”.
Czytając te slowa, domyślacie się że “wyścig” ukończyliśmy, jednak ponieważ grupa niezadowolonych z jazdy była większa, poza owocam zjedzonymi po drodze, kierowca nie dostał żadnego napiwku.


Następnym przystankiem naszej podróży miał być Sajgon czyli Ho Chi Minh City, jednak okazało się, że jeden z nas ma kuzyna w Mui Ne, a ten prowadzi pensjonat i można się tam zatrzymać. Tak więc ruszyliśmy w drogę…sleepingbusem, czyli autokarem, w którym nie ma miejsc siedzących poza dwoma na przodzie, a pasażerowie leżą na piętrowych leżankach. Leżanki te zostały jednak przystosowane do wzrostu Wietnamczyków i osoby wysokie miały ograniczony komfort podróży.

Mui Ne, to resort z prawdziwego zdarzenia, miejscowość położona po dwóch stronach  drogi prowadzącej do Ho Chi Minh City i ciągnącaj się wzdłuż wybrzeża. Czysto turystyczna i wypoczynkowa, bez atrakcji architektonicznych, ale uznaliśmy to jako przystanek i trzy dni czystego relaksu.  Plaża, morze, pensjonat, basen, restauracja i tak na zmianę. Odkryliśmy tam przesmaczny rum z limonek w cenie 90 000 za 0.7 l, a także sok z liścia aloesu, działający łagodząco na oparzenia słoneczne, których nabawiliśmy się po całym dniu zabawy w basenie.
Kiedy po trzech dniach  szliśmy na przystanek autobusowy, aby dokończyć naszą podróż do Sajgonu, niosłem swój bagaż na głowie, bo było to jedyne miejsce, które nie piekło, tak więc używajcie kremu z filtrem.

No i nareszcie, Sajgon!!! Stolica Wietnamu Południowego, obecnie Ho Chi Minh City. Co tu zwiedzać? Wszystko! Warto odwiedzić wszystkie muzea związane z wojną. Dla kolekcjonerów Dan Sin Market, to obowiązkowe miejsce, a dla wszystkich Ben Thanh Market, katedra, a obok niej gmach poczty (wszystko w kolonialnym stylu). Niedaleko jest również miejsce skąd odlatywały ostatnie helikoptery w 1975 r. Jest co zwiedzać!





My zobaczywszy to wszystko wybraliśmy się na jedną z dwóch wycieczek w okolice miasta. Pierwsza to okolice Żelaznego Trójkąta, Tay Ninh z przepiękną świątynia sekty Cao Dai, Dau Thieng, miejsce gdzie w 1967 roku stacjonował weteran US Army, z którym nosimy to samo nazwisko, no i miejsce obowiązkowe dla wszystkich -  kompleks tuneli w Cu Chi wraz ze strzelnicą, gdzie można postrzelać z autentycznej broni używanej w konflikcie wietnamskim, AK47, M1, M16 a także M60.






Wycieczka na jeden dzień, ale nie można z niej zrezygnować, to punkt obowiązkowy!
Drugim miejscem, do którego można się wybrać to delta Mekongu, miejsce do którego i my pojechaliśmy, raz, bo warto, po drugie aby odwiedzić teścia Polaka, który prowadzi w Wietnamie polsko-wietnamski biznes.



Plan wycieczki był taki, dojechać na miejsce, rozgościć się u teścia, wsiąść na łódkę i kanałami dopłynąć do Ap Bac, miejsca pierwszego starcia Armii Południowego Wietnamu z Vietcng’iem. Na miejscu zwiedziliśmy mauzoleum bohaterów bitwy, małe muzeum i znów kanałami wróciliśmy do teścia. 

Tam czekała nas kolejna atrakcja, a mianowicie budowa mostu. W zabawie tej nie brałem udziału ze względu na gorączkę jaka mnie dopadła tego dnia rano, zachodziło podejrzenie malarii, ale tabletki kupione na lokalnym ryneczku za 10 000  Dongów uratowały sytuację i na wieczorną biesiadę byłem pełen energii.


Biesiada w stylu „lokalnym”, trochę ryb, mały prosiaczek, owoce, ryż, lokalne piwo i ryżowy bimber. Gospodarz miał za sobą historię, która może reprezentować historię kraju. W młodości służył w armii Południa, pod koniec wojny został ranny i porzucony przez swoich, cudem uratowany, został przez swoich rodziców wciągnięty to partyzantki, w której oni byli już od dawna. I tak z przegranej strony, przeszedł na stronę wygranych i nie musiał doświadczyć represji, ale wróćmy do biesiady.



Poza jedzeniem były również śpiewy z klaskaniem. Gospodarz nas obserwował i ci z nas, którzy niewystarczająco energiczne klaskali ,karani byli przymusem wypicia na raz połowy lub całego piwa. Postanowiłem uniknąć kary i klaskałem bardzo energicznie, ale ku mojemu zdziwieniu, również musiałem wypić piwo „na raz”. Okazało się że kara dosięga zarówno tych ociągających się, jak i nadgorliwców. Podejrzewaliśmy, iż takie kary mają na celu szybsze zakończenie imprezy. Niestety gospodarz się przeliczył i sam zasnął w przysłowiowej sałatce kiedy my jeszcze balowaliśmy. Następnego ranka zjedliśmy śniadanie i dziękując za gościnę wróciliśmy do Sajgonu.

W Sajgonie przebywaliśmy jeszcze kilka dni, po czym samolotem polecieliśmy do Hanoi , aby tam przesiąść się na samolot do Warszawy.
Podsumowując, Wietnam to piękny kraj, z pogodnymi i gościnnymi ludźmi, pięknymi dziewczynami. Jest stosunkowo tani, pomijając koszty dostania się do niego, wart odwiedzenia przez każdego, czy pasjonata historii, czy podróży.